Z pamiętnika opiekunki … część 11

Ostatni wyjazd okazał się totalną porażką. Zostałam w Niemczech sama bez jakichkolwiek środków do życia. Na szczęście miałam kartę do bankomatu i jeszcze jakieś resztki pieniędzy na koncie,
więc mogłam ulokować się w hostelu. Same straty i jeszcze ta absurdalna przygoda.

Nie mając wyjścia zadzwoniłam do swojej agencji – znają mnie, więc na pewno pomogą. Pomimo swojej beznadziejnej sytuacji nie chciałam brzmieć jak desperatka,
aby nie wciśnięto mi najgorszego zlecenia. Lecz gdy tylko usłyszałam, że jest oferta około stu kilometrów od mojej obecnej lokacji, bez wahania powiedziałam „Tak, biorę!“.
Koordynatorka nie czytała już nic więcej. Mój niepokój zaczął rosnąć kiedy dowiedziałam się, że muszę czekać na rozpoczęcie zlecenia 10 dni … Gdzie ja się podzieję, gdzie przekoczuję,
to jakiś koszmar! Nie mam już pieniędzy na nocleg, więc wzięłam swoją różową walizeczkę i powędrowałam przed siebie. Na szczęście po tych kilku wyjazdach mój język był na tyle dobry,
że komunikowałam się bez większego kłopotu. Jako zaradna i niezależna kobieta postanowiłam poszukać rozwiązania. Jedyne jakie mi się nasunęło to znalezienie pracy na ten okres.
Jako opiekunka się nie zatrudnię, bo nie mam takich kontaktów. Kombinowałam, myślałam i idąc przed siebie nie zauważyłam, że skończyła się ulica.

Szłam pogrążona w myślach, starając się wyszukać w moim mózgu jakiś sensowny plan wyjścia z tej patowej sytuacji. Nagle z letargu wybił mnie dźwięk trzaskających drzwi i  niezrozumiałe słowa wypowiadane na głos. Na ulicę wyszedł ewidentnie zirytowany młody człowiek, jego mina i głośne krzyki dowodziły dość sporej dawki złości. Owy mężczyzna przeszedł obok mnie i usłyszałam jedynie niemiecko-włoskie przekleństwa. Budynek przede mną okazał się  włoską restauracją. Wskazywała na to flaga przed wejściem i „Tratatoriia „ w nazwie. Nad lokalem widniał napis „pokoje do wynajęcia“. Pomyślałam sobie, że restauracja hmm… pokoje, popracuję za miejsce w pokoju i przeczekam ten czas oczekiwania na zlecenie. Lubię jeść makaron to również plus. Miałam taką optymistyczną wersję. Przecież to przeznaczenie, przynajmniej tak myślałam. Jednak z perspektywy czasu zastanawiam się  jak ja na to wpadłam, zaskakuję samą siebie. Starałam się mieć pozytywne nastawienie
bo w moim, beznadziejnym położeniu to myśl o kubku ciepłej kawy była jak wygrana w totka.

Weszłam do restauracji i momentalnie ogarnął mnie zapach czosnku, oregano i świeżej bazylii. Samym aromatem się praktycznie najadłam. Niskokaloryczne śniadanie, a ponadto
było ciepło i przytulnie. Podeszłam do baru. Kelnerka miała lekko wybałuszone oczy, była wysoka i tak szczupła, że obawiałabym się przejść obok niej aby nie robić podmuchu wiatru,
który by ją przewrócił, przypominała modliszkę. Wycierała kieliszki białą jak śnieg ściereczką. Wszytko było tak czyste i schludne.

– Przepraszam panią czy mogę o coś zapytać?
– Tak słucham, w czym mogę pomóc?  odpowiedziała kobieta “owad”

To chore, ale zaczęłam się zastanawiać czy też odgryza głowy swoim partnerom …

– Halo ? Proszę pani?  wyrwała mnie z tej fascynującej rozgrywki myśli …

Opowiedziałam pokrótce co mnie spotkało, oczywiście nie wspominałam o marach, duchach bo i tak moja historia była wystarczająco absurdalna, więc nie chciałam zostać posądzona
o chorobę psychiczną. Swoją drogą dziwie się, że jeszcze na jakąś nie zapadłam …

Pani mantis religiosa (modliszka zwyczajna) okazała się bardzo miłą i empatyczną istotką. Poszła na zaplecze i wróciła z postawnym mężczyzną w średnim wieku. Mówiąc „postawnym“
wyraziłam się dość oględnie, miał po prostu brzuch jakby zjadł cały swój personel, bo nie zauważyłam nikogo prócz miłej kelnerki. Ona służy zapewne jako wykałaczka. Domyśliłam się,
że owy człek jest kucharzem bo był tak ubrany. Okazało się że jest również właścicielem restauracji. Typowa włoska uroda, ciemne włosy, wąs, śniada cera. Włoch przyglądał się mojej osobie i nagle zapytał:

-Znasz się na kuchni?
-Tak! Carrbonarrra,  Bolognesseee, Niochi! … zaakcentowałam i skłamałam jednocześnie, na co Luigi (bo tak miał na imię szef) przewrócił oczami.

Jednak w odpowiedzi kiwnął głową i postanowił mnie sprawdzić czy w ogóle się nadaje, miał powód bo okazało się, że ten mężczyzna trzaskający drzwiami trzydzieści minut temu
to pomocnik kucharza, który temperamentnie rzucił pracę, a mają jutro duże przyjęcie. Zakwitła we mnie nadzieja. Włoska kuchnia, nie wiedziałam o niej prawie nic, a profesjonalnej tym bardziej.

Stałam z głupkowatym uśmiechem na ustach. Modliszka okazała się córką Lugiego. Miała na imię Giovanna. Przyniosła mi fartuch i zaczełam przygodę z kuchnią.
W kuchni na pierwszy rzut oka panował chaos, patelnie, parujące garnki, szczęk sztućców i charakterystyczny odgłos szatkującego noża. W przeciwieństwie do sali, na kuchni był tłok.
Luigi postawił mnie na stacji wyrabiania ciasta do makaronu. Miałam zrobić makaron? Powiesił mi przed oczami kartkę z  proporcjami i kazał robić dokładnie krok po kroku.
Stanął obok mnie i z surowym wyrazem twarzy oraz rękoma skrzyżowanymi na piersi obserwował moje poczynania. Nie mówił nic kiedy szalałam na stolnicy. Nagle się odezwał:

– NON! NON! NON! è tutto sbagliato! wydarł się włoski Gordon Ramsey

Że co ? O co chodzi, domyślam się że „non“ to „nie“ ale reszta ?
Wziął mnie za ramie i przestawił na sosy.

– Zrób sos aglio olio.

Byłam już na tyle zestresowana, że biorąc oliwę z oliwek (bo innej nie było), a usłyszałam „olio“ więc domyśliłam się, że zapewne jest w tym przepisie.

– NON! NOOOON! Co umiesz? Frittata, bruschetta, caprrese?

Stałam zrezygnowana, do oczu napływały mi łzy.

– Ty nie masz pojęcia o gotowaniu prawda? zapytał Luigi …

Powiedziałam, że jestem Polką, że mam pojęcie o polskiej kuchni i znam ten warsztat, a kuchnia włoska to nie moje podwórko. Szef kuchni znał moje położenie i zlitował się nad moją osobą, potrzebował pomocy w kuchni na już, ale przyjęcie było zbyt ważne aby niedoświadczona osoba, nie wiadomo skąd miała być odpowiedzialna za cokolwiek co wyjdzie z jego kuchni.
Jednocześnie powiedział, że mi pomoże. Wskazał zmywak i w ten sposób miałam zapłacić za możliwość noclegu.

Do kuchni wkroczyła Giovanna, miała talent po ojcu chociaż olbrzymią niechęć do gotowania, nie chciała nigdy pracować w kuchni, ale w tej wyjątkowej sytuacji musiała powiedzieć „Si papà“.
Wszystko się ułożyło, a kiedy przyszedł czas, że mogłam wyjechać postanowiłam okazać swoją wdzięczność typowym polskim obiadem, mój nowy włoski znajomy zgodził się i w niedzielę
opanowałam kuchnię. Szef Luigi był ciekawy tych smaków. Schabowe, gołąbki, szarlotka. Postarałam się jak nigdy. Wszyscy się najedli, a na koniec uśmiechnięty Luigi z zadowoleniem powiedział:

– Kilka dni w mojej kuchni i jaki postęp!

Biesiadowaliśmy do późnej nocy 🙂
Następnego dnia ruszyłam dalej…

2018-03-25T14:44:22+00:00