Z pamiętnika opiekunki … część 12

Zawieszam wyjazdy na jakiś czas, za dużo przygód jak na razie. Zmęczenie materiału. Jednocześnie jestem świadoma, że muszę mieć na ciastka i wszystkie dobre rzeczy wysokocukrowe związane
z polepszaniem humoru. Znalezienie pracy w Polsce jest trudnym zadaniem, o ile całkowicie niewykonalnym. Najpierw Urząd Pracy potem poczta pantoflowa i zaczepiłam się w końcu w prywatnym Domu Pomocy Społecznej na wolontariacie, bo w ogłoszeniu była zaznaczone, że później będzie umowa.  Owy ośrodek funkcjonował od jakiegoś czasu, był położony na pobliskiej wsi, dojazd utrudniony ale cóż, jak mus to mus. Dom prowadzony był przez spółkę, co też mnie zdziwiło bo uważałam, że wszystkie tego typu przybytki są budżetowe.

Pomyślałam „praca na zmiany, kilka rąk do pomocy, jakoś to będzie”. Mając na myśli „kilka” nie sądziłam, że będzie ich tak mało. Mianowicie na jednym dyżurze, na stu mieszkańców przypadało
5 opiekunek i jedna pielęgniarka.
Dom był ogromny. Wchodząc tam pierwszego dnia od razu uderzył mnie przykry zapach moczu. Uważałam jednak wtedy, że pewnie to normalne, mając na względzie ogrom mieszkańców, starszych, niepełnosprawnych i obciążonych różnymi dolegliwościami. Nie należę do wrażliwych damulek, które potrzebują od razu soli trzeźwiących jak muszą chociażby wynieść śmieci. Byłam zwarta i gotowa do podjęcia wyzwania.

Pierwszego dnia pracowałam z Zosią, kobietą dynamitem. Wyjaśniła mi wszystko, nawet rozwiała ewentualne wątpliwości chociaż jeszcze się nie pojawiły. Zosia była najstarsza stażem, pełna optymizmu i pozytywnych wibracji. Opowiadała o podopiecznych z troską i ewidentnie oddawała się swojemu powołaniu. Tym bardziej było mi jej późnej szkoda… ale do tego dojdziemy.
Dzień pracy zaczynał się o godzinie siódmej i zmiana trwała do godziny dziewiętnastej. Opiekunka rano miała za zadanie obudzić podopiecznych, nocna zmiana starała się już większość „leżaczków” (czyli osób obłożnie chorych, zapieluchowanych) umyć i przebrać. Zaczynały chyba od godziny 4 rano bo okazało się, że na nocnej zmianie są dwie osoby. Na stu mieszkańców – dwie osoby!
Ale to jeszcze nic, naprawdę.

Godzina 8:30 rozpoczynało się śniadanie, wejście na stołówkę było zamknięte jakąś prowizoryczną bramką, ludzie ustawiali się w kolejce, najpierw osoby na wózkach, później chodzące. Opiekunki biegały tylko od jednego do drugiego, poprawiając  kołnierzyki, grzywki i koszule. Uspokajając ewentualnych niecierpliwych. W pewnym momencie, przez główne drzwi wszedł człowiek rzucając głośne
i wesołe „Dzień dobry!”, podchodził do pacjentów, witał się serdecznie przepełniony entuzjazmem. Później okazało się, że jest to „dobroduszny” szef, (piszę to celowo w cudzysłowie). W oczach pracownic było widać strach i nerwowość. Pomyślałam „co tu jest grane?”.
W pewnym momencie pan szef zaintonował jakąś przyśpiewkę „Hej sokoły …” czy jakoś tak. Zaczął udawać, że się świetnie bawi, zachęcał mieszkańców do wspólnego śpiewania. Idylla.
Głodni, starsi ludzie zmuszeni do stania w kolejce aby móc wejść na śniadanie, a ten latał między nimi i robił zamieszanie, stwarzał pozory. Nie wiem jaki był tego cel. Bo na rozrywkę to nie wyglądało. Zachowanie trochę irracjonalne, bez szacunku do osób starszych. W końcu wrota puściły i cały tłum ruszył szturmem na stołówkę. Aż przykro było patrzeć jak osoby na wózkach inwalidzkich starają się same sobie poradzić, a opiekunek jest za mało aby kogoś podwieźć. To była pierwsza z sytuacji, która wołała o pomstę do nieba. Pan szef zawołał jedną z opiekunek i już poza wszystkimi ewidentnie ją ochrzaniał. Okazało się, że była to reprymenda za to, że personel nie włączył się w poranne śpiewanie i nie zachęcał podopiecznych do aktywnego czekania na śniadanie. Tak, również szeroko otwierałam wtedy oczy ze zdumienia. Śniadanie, kolejna sprawa. Cóż, mówiąc po krótce było bardzo ubogie. Okazało się, że jest catering i przywozi więcej ale szefostwo karze zabierać po dwa plasterki wędliny i mrozić, ale nie wiem po co.

Po posiłku większość mieszkańców szła do swoich pokoi, osoby na wózkach, nie mogące same zadecydować zostawały w sali terapeutycznej, nie ważne było zmęczenie, mieli siedzieć i udawać, że teraz będą się świetnie bawić przy wyklejankach. Zostałam przydzielona do opieki na takich zajęciach, pan terapeuta starał się zainteresować osoby z Alzheimerem kolorowankami i kwiatkami z bibuły. To było żenujące. Osoby po godzinie siedzenia na wózku były już zmęczone i znudzone, ale nie skarżyły się, dzielnie siedziały bo chyba nie miały wyjścia. Zapytałam jedną z mieszkanek czy nie chce się położyć, odsapnąć na co otrzymałam szeptaną odpowiedź:

Nie można tu leżeć.
Dlaczego? – zapytałam równie dyskretnie.
Pan Prezes zakazał.

Podeszłam do terapeuty i zapytałam o to samo. Otrzymałam w odpowiedzi tylko wzruszenie ramionami i tyle. Jakaś zmowa milczenia.

Poczułam misje. Postanowiłam zabawić się w detektywa, bo coś było w tym domu nie tak. Kolejny dyżur miałam już na oddziale więc moje dochodzenie miało większy zakres. Okazało się, że każda
z nas ma zajmować się pacjentami ale głównym naszym zadaniem jest sprzątanie. Zdziwiło mnie to okrutnie, bo przyjmując się do pracy nie było o tym mowy. Podobno kierownik zmiany chodzi po całym sprzątaniu i robi test białej rękawiczki jak perfekcyjna pani domu, za jakiekolwiek uchybienia są przewidziane kary, a mianowicie odbieranie z wynagrodzenia kwoty za „zniszczenia”. Zapytałam dlaczego te panie się nie buntują, przecież to jest niezgodne z prawem. Okazuje się, że są to w większości kobiety bez wykształcenia, które nigdzie nie znajdą pracy i godzą się na te warunki. To był jakiś horror. Mieszkańcy niedopilnowani, liczba administracji i kierowników przeważała nad liczbą opiekunek. Od tych biednych kobiet wymagało  się szaleńczej pracy, bez przerwy. Podopieczni byli przez to niedopilnowani i okazało się, że wcześniej wspomniany fetor nie jest normą, a wynikiem oszczędności bo na każdego mieszkańca z inkontynencją przypadała jedna pielucha na dzień i jedna na noc!

Mieszkańcy mieli zabierane 70% swoich rent lub emerytur i tak już głodowych, a jeszcze nie mieli prawa poleżeć i godnie przeżyć swojej jesieni życia. Nikt się nie buntował, a jeśli się tak zdarzało to dostawał odpowiednie leki, wtedy już siedział cicho śliniąc się i przysypiając. Po tygodniu mojego dochodzenia miałam dość. Dość krzywdy ludzkiej. Nie mogłam spać po nocach i za cel obrałam sobie, że nie pozwolę temu tak funkcjonować. Nie obowiązuje mnie żadna umowa, nic. Pewna siebie poszłam do pana szefa. Zapytałam dlaczego się tak dzieje, co jest przyczyną tak małej ilości personelu, dlaczego życie tych staruszków jest tu takie smutne?

Czy ktoś się skarży? – zapytał mnie z uśmiechem.
Wydaje mi się, że się boją wyrazić nawet swoją opinię na niektóre sprawy. – mówiąc to widziałam, jak zmienia się wyraz twarzy mojego rozmówcy.

Spojrzał na mnie złowrogo, ale uśmiech o dziwo nie zniknął. Wyglądał jak psychopata, rozejrzałam się po jego biurze w poszukaniu łopaty do zakopywania zwłok swoich ofiar.

– Właśnie zakończyła pani swój wolontariat. Bardzo proszę już więcej się do nas nie zgłaszać. – odparł spokojnie.
– Ok, jeśli tak pan gra to proszę mieć świadomość, ze zadarłeś koleś z nie tą co trzeba. DO WIDZENIA! – odparłam bardzo stanowczo, chociaż nogi mi dygotały jak galaretka malinowa.

Wyszłam z DPS zdeterminowana aby przerwać koszmar tam panujący. Odpaliłam Google, wpisałam frazę „gdzie składać skargi na funkcjonowanie DPS?”, wyniki „Urząd Wojewódzki”, „Sąd”. Zerknęłam na zegarek, okazało się, że jest trzynasta. Zdarzę i tu i tu. Ruszyłam niebo i ziemię, działałam pod wpływem jakiegoś impulsu. Jestem osobą empatyczną, tak bardzo żałowałam tych staruszków, ale i pracowników. Złożyłam skargi wszędzie gdzie się dało, miałam cel. Nic nie przynosiło skutków, dom nadal funkcjonował choć był nękany różnego rodzaju kontrolami, które były zazwyczaj zapowiedziane więc mogli się do nich przygotować. Straciłam jakąkolwiek nadzieję. Pewnego dnia zadzwonił jednak telefon.

Dzień dobry z tej strony Marika W. jestem reporterem z lokalnej telewizji. Chciałabym z panią porozmawiać na temat Domu Pomocy Społecznej „Jesień”.

Wstąpiła we mnie ponownie nadzieja. Spotkałam się z panią reporterką, opowiedziałam wszytko co zaobserwowałam przez tydzień pracy w tym miejscu. Machina ruszyła. Po niedługim czasie ukazał się reportaż. Jedna z dziennikarek przyjęła się podobnie jak ja wtedy na wolontariat, była już uzbrojona w ukrytą kamerę, mikrofon. Wszystkie brudy ujrzały światło dzienne. Sprawa obiła się o ważne osoby w mieście, politycy aby podwyższyć swoje szanse w wyborach zaczęli również interesować się tematem i działać w sprawie. Dom szybko został zamknięty, osoby przeniesione do innych, sprawdzonych i zapewniających godne życie placówek. Misja zakończona sukcesem.

Czasami los stawia nas w jakimś miejscu abyśmy mogli zmienić jego bieg wydarzeń. I tak było ze mną.

2018-04-20T09:33:05+00:00